czwartek, 24 listopada 2016

Obcy Ptak Rozdział 3

Powitanie rozległo nie wiadomo skąd. Zadrżałam ze zdenerwowania. Tybal postawił mnie na podłodze i przytrzymał za ramię, jakby bał się, że ucieknę. Przyglądałam się ścianom i zawieszonym na nich lampom. Dawały jasne, ale nie oślepiające światło. Szukałam też kogoś, kto mnie przywitał, ale oprócz naszej trójki nikogo nie było.
- Ty jesteś... ? – zwróciłam się do czarnego archanioła.
- Martes. – Pokręcił z niechęcią głową. – Dziewczyno, masz strasznie krótką pamięć. Ciekawy jestem, w jaki sposób masz zamiar ukończyć Akademię. Jakoś tego nie widzę.
Podał mi plecak i ruszył do kolejnych drzwi, które otworzyły się przed nim z sykiem.
- Chodź. – Tybal popchnął mnie w tym samym kierunku, w którym zniknął nasz towarzysz.
- Kto mnie przywitał? – Musiałam zapytać, bo nie dawało mi to spokoju.
- Kapitan, a teraz się ruszaj, nie mamy czasu! – Poganiał.
Korytarz wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Co kilkanaście metrów znajdowały się drzwi, zza których dochodziły stłumione głosy. Posłusznie szłam za przewodnikiem, choć chętnie bym zajrzała do mijanych pomieszczeń. Archanioł wydawał się cały spięty, więc nie odważyłam się zadać mu pytań, które cisnęły się na usta. Im bardziej się zagłębialiśmy w czeluść statku, tym bardziej się denerwowałam. Wreszcie zaczęło docierać do mózgu, że to już nie przelewki. To co było tylko w planach, zaczęło się ziszczać. Byłam na pokładzie statku kosmicznego, który zawiezie mnie Bóg wie gdzie. Nie znałam przyszłości jaka na mnie czekała na końcu podróży. Czy przeżyję, czy zginę gdzieś tam, w pustce kosmosu?
Zatrzymał się przed niczym nie wyróżniającymi się drzwiami, a ja oczywiście musiałam na niego wpaść. Tak się zamyśliłam, że przestałam zwracać uwagę na otoczenie. Zresztą nie była na co patrzeć. Wszędzie szarość metalu, żadnych innych kolorów, czy ozdób. Przyłożył dłoń do panelu po prawej stronie i przekroczył próg. Zajrzałam, nie wiedząc czego oczekiwać. Była to niewielka kajuta, mieściło się w niej tylko łóżko i wąska szafka.
- Wchodź – warknął, wyraźnie zdenerwowany. – To twoja kajuta na czas podróży. Tutaj masz węzeł sanitarny.
Wskazał jedną ze ścian.
- Co? Gdzie?
Powierzchnia wydawała się jednolita, był na niej tylko jakiś przycisk.
- Ty chyba żartujesz! Mam się załatwiać pod nią?
- Kretynka. – Pokręcił głową.
- Ej, wypraszam sobie, u mnie do łazienki prowadzą drzwi. – Zrobiłam obrażoną minę.
Wcisnął nacisk i z cichym szumem ukazało się wnętrze. Mikroskopijne to mało powiedziane. Sedes, umywalka i coś, co miało uchodzić za prysznic. Ze ściany wychodziła wylewka, a w podłodze był odpływ.
- Zaraz odlatujemy, musisz się położyć.
Pociągnął na łóżko i zmusił do położenia się na plecach. Szamotałam się próbując usiąść. Nie była to wygodna pozycja, zawsze wydawało mi się, że się duszę. Sypiałam na brzuchu, z rozrzuconymi kończynami. Kuzyni śmiali się, że żaden facet nie będzie chciał sypiać w tym samym łóżku, bo dla niego po prostu nie będzie miejsca. Albo przez sen go pobiję.
- Izzy! – Przycisnął moje ramiona do materaca. – Zaraz odlatujemy, przeciążenie będzie potworne, a nie wiemy jak twoje ludzkie ciało to zniesie. Muszę cię przypiąć, żebyś sobie krzywdy nie zrobiła.
- Nie, nie!
Dalej się wyrywałam, czułam się zniewolona. W gardle rodził się krzyk, ale zanim zdołałam zaczerpnąć powietrza, żeby wrzasnąć ciszę zakłóciła syrena. Wyła jak potępiona dusza, a ruchy archanioła nabrały bezwzględności. Zanim pisnęłam byłam przywiązana pasami do łóżka, unieruchomił także głowę.
- Zanim opuścimy ten układ planetarny trochę czasu minie, potem ktoś cię uwolni. Najlepiej byłoby cię uśpić. – Podrapał się po gładkiej brodzie.
- Może zahibernować? – zaryczałam wściekła.
- Po co? Aż tak daleko nie lecimy, żeby potrzebne było lodowe łoże.
Do dźwięku syreny dołączyło pulsujące czerwone światło. Zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć tych błysków. Słyszałam tylko jak za moim towarzyszem zasuwają się drzwi. Po chwili wszystko umilkło. Poczułam siłę wgniatającą ciało w materac. Serce tłukło się po kręgosłupie, nie byłam pewna, czy aby na pewno jeszcze jest w klatce piersiowej. Wszystkie członki stały się tak ciężkie, jakby ważyły przynajmniej tonę. Nie wiem ile czasu minęło, nie odliczałam mijających minut, nie pomyślałam o tym.
Przemiana jak zwykle mnie zaskoczyła. Na szczęście wiedziałam już, co się dzieje z ciałem i nie byłam tak przerażona. Plusem tego zdarzenia było to, iż przestałam odczuwać skutki przeciążenia. Tak jakby ktoś zdjął ciężar zalegający na piersi. Wykorzystałam ostre jak noże pazury do uwolnienia się z pasów. Nie było to łatwe, archanioł mocno je zaciągnął. Przez te wszystkie wygibasy zdążyłam się poranić i jak już usiadłam zaczęłam ssać ranki na dłoniach. Zamiast jednak tamować krwawienie jeszcze bardziej rozdrapywałam je, kły wstające z ust wcale mi nie pomagały. Wreszcie wściekła na wszystko i wszystkich powlekłam się do łazienki, albo jak to określił Tybal, do węzła sanitarnego. Obmyłam je wodą i zastanawiałam się czym je zabezpieczyć, kiedy mój wzrok zatrzymał się na niewielkiej szafce wiszącej tuż przy wejściu. Do tej pory jej nie zauważyłam, może za bardzo byłam spięta. Z ciekawości uchyliłam drzwiczki. Ha, dobra nasza, jakieś opatrunki i buteleczka z zielonawym płynem. Miałam tylko nadzieję, że to jakiś odkażacz, a nie trucizna.
Ciecz paliła jak diabli, nawet jodyna tak nie piekła. Już miałam z powrotem włożyć dłonie pod strumień wody, kiedy wszystkie rany się zasklepiły i ból ustał. Z niedowierzaniem przyglądałam się powstałym strupkom, jakby mogły wytłumaczyć, co się właściwie stało. Poprawiłam włosy, zaplatając je w ciasny warkocz. Łazienka była pozbawiona lustra, więc nie mogłam ocenić, czy wyglądam w miarę znośnie. Nie miałam zamiaru siedzieć w kajucie, co to, to nie. Był jednak problem, brak klamki. I jak miałam się wydostać na korytarz?
Uderzyłam pięścią w ścianę, a drzwi, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, stanęły otworem. Wystawiłam głowę za nie i nerwowo się rozejrzałam. Cisza i spokój, mogłam wyjść. Ruszyłam przed siebie, byle dalej od klatki, w której mnie zamknął Tybal. Od czasu do czasu chciałam się dostać do mijanych pomieszczeń, ale dotykanie, ani walenie po panelach nie przynosiło efektu. Zaczęłam się zastanawiać, co sprawiło, że tamte się dla mnie otwarły. Może, że byłam w środku i chciałam się wydostać?
Przemiana dalej się nie cofnęła, wciąż miałam kły i pazury, a także zmienione oczy i rysy twarzy. Nawet nie musiałam przeglądać się w lustrze, żeby być tego pewną. Wiązało się to także z większą siłą i wyczulonym słuchem. Uparcie podążałam do przodu, aż do rozwidlenia korytarza. Tutaj zadecydował za mnie los, z lewej odnogi dochodził odgłos kroków i to na pewno nie jednej osoby, odruchowo skręciłam w prawo i zanurkowałam w otwarte drzwi.
Nie spodziewałam się schodów, więc zjechałam na brzuchu, aż na sam dół. Nie było to przyjemne uczucie, odbijałam się od każdego stopnia, a nie było poręczy, żebym mogła się czegoś złapać i zatrzymać. Zległam jak trup i ciężko oddychałam. Bolało mnie wszystko i kłami przegryzłam wargi, bo w ustach czułam krew. Szkoda, że ich sobie nie wybiłam.
Leżałam na zimnej podłodze, czując pod sobą wibrowanie ukrytej gdzieś w trzewiach statku maszynerii. Zastanawiałam się właśnie czy nie wstać, gdy nad sobą usłyszałam głos, ale nic nie rozumiałam. Coś tam jazgotał, wyczuwałam zdziwienie i niepokój, ale nic poza tym. Wreszcie nieznajomy złapał mnie za ramiona i postawił w pionie. Spojrzałam do góry, już się nauczyłam, że każdy archanioł przewyższa mnie przynajmniej o półtorej głowy. Zielone spirale jego oczu hipnotyzowały, mogłam się w nich zatracić. Potrząsał mną i dalej coś gadał. W końcu się zdenerwowałam.
- Nic nie rozumiem! – wrzasnęłam. – Czy wy nie umiecie mówić po ludzku?
Poczułam jak łapie mnie w pół i przerzuca sobie przez ramię. Szybko przemieszczał się w sobie tylko znanym kierunku. Co parę metrów opierał się o ścianę, jakby nie potrafił utrzymać równowagi. Kołysałam się wtedy jak wierzba na wietrze. W nos mnie łaskotały pióra, białe ze srebrnym połyskiem. Dotknęłam ich, były miękkie jak... puch. Złapałam jedno i chciałam wyrwać, może nawet by mi się udało, ale niosąca mnie istota brutalnie postawiła mnie na podłodze. Staliśmy przed wielkim wrotami, zza których dochodziło wzmożone buczenie. Oparł się o mnie dociskając do ściany. Grzebał w kieszeni spodni, aż wreszcie wyjął jakąś kartę i włożył ją w czytnik znajdujący się przy drzwiach. Dodatkowo przyłożył dłoń do wyświetlacza. Wierzeje otwarły się do środka nie wydając żadnego dźwięku. Wbił palce w moje ramię i zaciągnął do środka.
Pomieszczenie było ogromne, większość powierzchni zajmowały jakieś maszyny. Hałas był taki, że nie słyszałam własnych myśli. Zaciągnął mnie w kąt, gdzie stały trzy fotele. Posadził i przypiął pasami. Znów zostałam uwięziona, więc siłą rzeczy zaczęłam się wyrywać i próbowałam wstać.
- NARIDA! – wrzasnął tak, że zadzwoniło mi w uszach. – Narida.
Nie wiedziałam co to znaczy, ale już nie próbowałam się uwolnić. Na koniec jeszcze trzasnął mnie otwartą dłonią w czubek głowy i pogroził palcem. Chwiejąc się podszedł do konsoli stojącej w drugim kącie. Z zaciekawieniem obserwowałam i jego, i to co robi.
Archanioł był wysoki, jakieś dwa, dwa metry dziesięć, potężnie zbudowany. Czarne spodnie opinały się na umięśnionych udach, grożąc rozerwaniem materiału. Tego samego koloru koszulka, bez rękawów ukazywała tatuaże na przedramionach. Z chęcią bym podeszła i im się przyjrzała, ale on chyba wyczuł o czym myślę, bo odwrócił się w moją stronę i groźnie zmarszczył brwi. Na biodrach miał ciasno zapięty pas, a do niego przypiętą kaburę z pistoletem i dwa sztylety. Rękojeści kolejnych wystawały z sznurowanych butów do połowy łydki.
Skrzydła wydawały się żyć własnym życiem. Mimo, że nawet lekkiego podmuch wiatru w tym zamkniętym pomieszczeniu nie było, poruszały się delikatnie. Skórę miał jakby liźniętą słońcem, lekko brązową, a włosy tak kasztanowe, że aż nienaturalne. Falami opadały między łopatki. Nerwowym ruchem założył jeden z loków za ucho, które o dziwo było szpiczaste. Tak jak moje po przemianie. Przyglądał się migającym kontrolkom i co chwilę jakąś naciskał oraz wpatrywał się w monitor zawieszony na ścianie.
Poczułam jak statek zwalnia, dosłownie to wyczułam. Jednocześnie ustępowała przemiana. Znów się stawałam zwykłą ludzką nastolatką. Nieznajomy podszedł do krzesła, do którego mnie przywiązał i patrzył z natężeniem.
- Kitera nerts protes? Pikote nitem trudth. Siplebe nustel?
Przyglądałam się mu jak wół malowanym wrotom. Chyba czeka mnie przyspieszony kurs językowy. Skoro mam żyć między nimi to muszę umieć się porozumieć. Tybal i Martes mówili po angielsku, ale mogli stanowić wyjątek. Archanioł wreszcie wzruszył ramionami i westchnął ciężko. Wrócił do konsoli i znów zaświergotał w tym swoim języku wciskając jednocześnie jeden z przycisków. Otrzymał odpowiedź, oparł się biodrem o drzwi, założył ręce przed sobą i bacznie mnie obserwował. Peszyło mnie to zainteresowanie, ale mężnie wytrzymywałam jego spojrzenie. Nie spuściłam wzroku, on też nie, więc niema walka trwała przez dłuższy czas.
Odkąd zwolniliśmy hałas obniżył się do znośnego poziomu. Maszyneria mruczała cicho, jakby szykując się do następnego skoku. Po kilkunastu minutach usłyszałam jak ktoś zbiega po schodach. I to nie jedna osoba.
Do pomieszczenia wpadł Tybal i jeszcze dwóch innych. Widać było, że dużo znaczą, bo mój „ochroniarz" stanął na baczność i wyprężył się jak struna.
- Jak ty się uwolniłaś? – Tybal nie wierzył chyba własnym oczom. – Chyba rzeczywiście cię uśpię. – Zagroził.
Odpiął pasy i postawił w pionie zgrzytając jednocześnie zębami.
- Nawet się przebrać nie mogłem, przez ciebie, dziewczyno. – Uśmiechnął się krzywo.
- Wystarczy. Przyprowadź ją na mostek. Tam porozmawiamy – odezwał się jeden z nowoprzybyłych. – Najpierw się doprowadźcie do porządku.
Spojrzałam na dwóch nowych przybyszów i zauważyłam ich groźne miny. Przez ciało przeszedł mi dreszcz. Potulnie wyszłam razem z Tybalem, ale musiałam jeszcze się odwrócić, z czystej ciekawości. Cała trójka znów zaczęła jazgotać w tym swoim języku i nerwowo wymachiwać rękoma. Ich skrzydła poruszały się same i otworzyły na całą szerokość zasłaniając mi widok.

niedziela, 6 listopada 2016

Obcy Ptak Rozdział 2

Pożegnania są zawsze bolesne. Dla mnie w szczególności, bo nie wiedziałam, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczę swoją rodzinę. Wszyscy bliscy zgromadzili się w salonie. Starali się robić dobrą minę do złej gry. Kuzyni, Ron i Marek, wygłupiali się i opowiadali niestworzone rzeczy o moich szkolnych wpadkach. Większość z nich była wyssana z palca, ale nie wszystkie. Obydwaj mieli za zadanie pilnowanie mnie, żebym nie dawała się ponosić emocjom i nie zdradziła swoich „mocy". Niby niska, niby delikatna, ale dzięki odziedziczonym genom zawsze byłam szybka i silna. Gdyby nie ci dwaj wariaci byłabym postrachem całej szkoły. A i tak zdołałam kilku osobom sprawić lanie, za co zostałam zawieszona. I to trzy razy! Babcia mi wtedy taką pogadankę zrobiła, że ze wstydu myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
Dziadek miał zaczerwienione oczy, jakby płakał. Spłoszona spojrzałam przez ramię na babcię, która trzymała się dwa kroki za mną. Uśmiechnęła się czule i podeszła do niego, pocałowała w czubek głowy i usiadła obok niego.
- Nie chcę wyjeżdżać – wyszeptałam.
Odstawiłam plecak na bok i wpadłam w rozpostarte ramiona starszego pana. Usiadłam mu na kolanach, jak wtedy, kiedy byłam młodsza. Zacisnęłam mocno powieki i wdychałam jego zapach, żeby wszystkie wspomnienia wbiły mi się w pamięć na wieki. Pachniał domem, bezpieczeństwem i miłością. To zawsze od niego dostawałam, ale także bury i pokazywał mi, gdzie moje miejsce. Nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką, gdzieś tam tlił się bunt. Rzeczy, które mnie drażniły, czy irytowały zawsze wywlekałam na światło dzienne, nic nie chowałam pod korcem. Prawda jest bolesna, ale wolałam ją od słodkiego fałszu. Dlatego w szkole nie miałam przyjaciółek. Wolałam towarzystwo chłopaków, choć i z nimi nie trzymałam sztaby.
- Wiesz, że musisz – wyszeptał ochrypłym z napięcia głosem. – Rozmawialiśmy już o tym.
- Ale... - zaczęłam.
- Izydoro, kochamy cię, ale nie możesz z nami zostać. – Babcia położyła mi dłoń na głowie. – Musisz wyjechać, żebyś mogła w pełni zrozumieć kim jesteś i jakie jest twoje przeznaczenie.
- Jak zwykle mówisz tajemniczo – prychnęłam. – Mogę przecież zająć się zielarstwem, tak jak ty. I wcale nie muszę was opuszczać.
- Kiedyś zrozumiesz. Nie mogę ci wszystkiego powiedzieć, bo nie jesteś na taką prawdę gotowa.
Słyszałam to od roku. Wiedziałam już kim jest mój ojciec i że moje poczęcie oraz narodzenie było swoistym cudem, a przynajmniej niespodzianką. Osobnika, dzięki któremu miałam te wszystkie dziwne geny, widziałam na oczy raz, kiedy miałam pięć lat. Niezbyt dużo pamiętałam z tej wizyty, za to utkwiło mi w pamięci szaleństwo Terry. Jakby coś ją opętało, rzuciła się na niego z nożem w dłoni, a ten odrzucił ją od siebie, nawet nie dotykając. Wrzeszczeli jedno na drugie, a ja zanosiłam się płaczem. Babcia mnie wyniosła z dala od nich. Pojawił się i zniknął.
Przez te dwanaście miesięcy wielokrotnie poważnie rozmawiałam z babcią. Tłumaczyła mi dlaczego jestem inna, ale zaznaczała, że nie może mi powiedzieć wszystkiego. Do niektórych prawd musiałam dojść sama, nic nie może zostać mi podane na przysłowiowej tacy. Miałam się uczyć, żeby mieć gruntowne wykształcenie i nakazała chodzić na dodatkowe zajęcia. Na moje nieszczęście były to nauki ścisłe, ale na moje marudzenie odrzekła, że tak musi być. Kiedy padało słowo „wyprowadzka" przeraziłam się. Wiedziałam, że mogę się ukryć w naszej osadzie, która jest niejako odcięta od świata, ale cierpliwie mi wyjaśniała, iż nie ma takiej możliwości. Kiedy przybyli wysłannicy z Perthin zrobiłam oczy jak spodki. Oczywiście spotykałam dziwnych ludzi, obdarzonych różnymi mocami, ale nigdy nie widziałam anioła.
Tylko, że to nie były anioły. Archaniołowie są nacją wojowników, a ja jakimś trafem miałam w sobie ich krew. Kiedy zaczęłam się przemieniać pojawił się jakiś człowieczek. Babcia go zaprosiła, żeby mnie przebadał. Nigdy nie widziałam takiej ilości sprzętu laboratoryjnego. W dodatku musieliśmy to wszystko przywieźć konno, bo do naszych domów nie prowadzą żadne drogi, przynajmniej nie takie, po których może się poruszać samochód. Pokłuł mnie niemiłosiernie, że całe przedramiona miałam potem w sińcach, kazał biegać na bieżni z przyczepionymi elektrodami. Rzucał różnymi przedmiotami chcąc ocenić mój refleks i robił inne głupie eksperymenty. Przez tydzień siedział zamknięty w piwnicy i badał pobrane próbki. Potem tylko oświadczył, że musi „ich" zawiadomić. Pojawili się i zapadła decyzja o mojej przeprowadzce. Klamka zapadła.
- Poza tym – do rozmowy włączył się Peter – nie masz drygu do ziół.
Z tym to musiałam się zgodzić. Od lat piłam specjalną mieszankę przygotowywaną przez babcię. Miała tłumić zdolności i agresję, która wciąż narastała. Czasem wystarczyło jedno słowo, żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Sama jednak nie potrafiłam jej przygotować. Niby wiedziałam co wchodzi w jej skład, ale jak raz próbowałam sama ją zrobić skończyło się ostrym bólem brzucha, wymiotami i biegunką. Do tej pory nie wiem co zrobiłam źle.
- Babciu? A zioła? Bez nich nie dam rady!
- Już ci nie będą potrzebne. Tam gdzie lecisz możesz być sobą i w żadnym wypadku nic nie może blokować twoich umiejętności i mocy. – Kobieta przytuliła mnie do siebie. – Będzie dobrze.
Do każdego podchodziłam i przytulałam się. Będzie mi ich strasznie brakować, ich ciepła i troski, którą mnie otaczali. Obdarowali mnie masą drobiazgów. Srebrną biżuterią, zdjęciami, Ron nawet wcisnął mi do dłoni paczkę papierosów. Skrzywiłam się, wolałam, żeby nikt nie wiedział, że i w taki sposób grzeszyłam. Marek jeszcze bardziej pojechał po bandzie. Kilka paczek kondomów obwiązał czerwoną wstążeczką i z namaszczeniem wręczył.
- Pożegnasz się z nią? – Jedna z ciotek zadała pytanie, które wisiało w niewypowiedziane.
- Nie – odparłam gorzko. – A wy mi dacie jakoś znać, czy Bianka się odnalazła?
- Coś wymyślimy. – Brat dziadka pocałował mnie w czoło. – Musisz się jeszcze dużo nauczyć, ale archanioły ci pomogą.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Skąd wiesz? – wyrwało mi się.
Uśmiechnął się tajemniczo i odszedł na bok.
- Jesteś gotowa? – Babcia podała mi kurtkę.
- Nie, ale i tak nie mam innego wyboru – odparłam zrezygnowana.
Dwóch skrzydlatych mężczyzn wciąż stało przed gankiem. Wyprostowani, władczy, bacznie obserwowali otoczenie. Staruszka zamieniła z nimi kilka słów w nieznanym mi języku i każdy z nich pochylił przed nią głowę. Ten czarny zabrał mi z rąk plecak, do którego wepchałam cały mój dobytek. Przesunął dłonią nad nim, jak skanerem.
- Nie mam tam nic nielegalnego – zawarczałam.
- Chyba jednak tak. – Głos miał głęboki, mroczny jak cała jego sylwetka. – Co to jest?
Wyraźnie się zdenerwował. Był to pierwszy ludzki odruch, jaki u niego zauważyłam. Nigdy nie okazywali żadnych uczuć, jakby byli zbudowani ze skał, lub podzespołów elektronicznych. Babcia szybko zaczęła znów trajkotać w tym dziwnym języku i ten wyraźnie się uspokoił.
- Idźcie już. – Jeszcze raz przytuliła mnie na pożegnanie. - My się jeszcze zobaczymy, jestem tego pewna – wyszeptała mi do ucha.
Jasny wziął mnie na ręce i ruszył szybkim krokiem. Wiedziałam, że nigdy bym za nimi nie nadążyła. Może i byłam najszybsza w szkole i wśród rodziny, ale oni byli kimś innym, kimś na wyższym poziomie.
- Nie pamiętam jak masz na imię.
Spoglądałam w jego oczy, tak beznamiętne i obce. Tęczówki nie były jednolite, nawet nie usiane w jakieś drobinki, jak się zdarza wśród ludzi, ale tworzyły kręgi błękitu. Każdy kolejny był o ton, dwa ciemniejszy od poprzedniego.
- Tybal – odpowiedział po dłuższej chwili.
- Jak się dostaniemy na statek? – Dalej drążyłam.
- Polecimy – odparł.
- Czym? Helikopterem, samolotem, czy promem?
- Przecież mamy skrzydła, więc polecimy.
Wydawał się niewzruszony jak skała. Mnie ogarnęła ekscytacja. Zawsze marzyłam o lataniu, kiedyś nawet chciałam skoczyć ze spadochronem. Musiałabym jednak mieć pisemne pozwolenia prawnego opiekuna, a z tym było gorzej. To znaczy, Terry bez problemu by mi je podpisała, jakby miała gwarancję, że nie przeżyję tej zabawy. Dziadkowie jednak się przeciwstawili. Przygotowywałam się do skoku przez parę tygodni, chodziłam na kurs. Miałam nadzieję, że zmiękczę babcię, jak nie udało mi się podejść dziadka. Oczywiście się nie zgodzili. Ale i tak pojechałam na lotnisko i z podrobionym dokumentem chciałam się dostać na pokład. Peter mnie śledził i w ostatniej chwili powstrzymał. Szlaban miałam przez dwa tygodnie, na wszystko.
Teraz moje marzenie miało się spełnić. Lekka obawa ścisnęła serce, w końcu nie miałam zabezpieczenie w formie spadochronu, miałam polegać na jakimś obcym, hmmm, stworzeniu.
- Boisz się? – zapytał, jakby wyczuwał obawy.
- Trochę – przyznałam.
- Nie masz czego, na pewno cię nie upuszczę – odparł i się uśmiechnął.
Po raz pierwszy widziałam jak jego twarz wykrzywia ten grymas. Rysy się całkowicie zmieniły, jakby nabrały świetlistości. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że gdyby chciał to zawładnąłby sercami wszystkich na swojej drodze. Właśnie dzięki temu wyrazowi twarzy.
Wynurzyliśmy się z lasu, polana była zalana słońcem, zapach opadłych liści wypełnił moje nozdrza. Wciągałam go z lubością i cieszyłam wzrok gamą barw jesieni. Tybal bez ostrzeżenia wziął rozpęd i po kilku krokach wzbił się w powietrze. Ze strachu cała się spięłam i desperacko objęłam go za szyję. Usłyszałam jak chichocze i zrozumiałam, że zrobił to specjalnie.
- Bawi cię to? – zasyczałam przez zaciśnięte zęby, jeszcze chwila, a bym je połamała.
- Tak – przyznał się. – Nie panikuj, dostarczę cię na pokład w jednym kawałku.
Mocniej zaczął pracować skrzydłami, a ja zaczęłam się rozkoszować lotem. Odważyłam się i odwróciłam twarz, którą miałam przyciśniętą do jego szyi. Byliśmy już powyżej koron drzew i wciąż się wznosiliśmy. Tak wysoko poczułam wiatr, działał przeciwko nam, ale archanioł ustawił się trochę inaczej i zaczął go wykorzystywać. Obserwowałam jak otoczenie robi się coraz mniejsze, coraz bardziej oddalone.
- Chcesz ostatni raz zobaczyć swój dom? – Zawołał, starając się przekrzyczeć wiatr.
- Tak!
Przycisnął mnie bardziej i z gracją obniżył lot. Czułam się wolna, kiedy powietrze targało moimi włosami i pozbawiało oddechu. Daleko były wszystkie problemy i zawirowania losu. W tej chwili nie przejmowałam się tym, że muszę odejść, że nawet nie wiem kim jestem i opuścił mnie paniczny strach przed przyszłością. Zawróciliśmy w stronę osady i z góry obserwowałam układ domostw, biegające psy i konie na wybiegu. Okrążył cały teren trzy razy i znów zaczął się wzbijać w przestworza. Coraz wyżej i wyżej. Zaczęło mi się robić zimno, ale na niego chyba to nie działało. Nawet zaczął coś tam nucić pod nosem, a z twarzy nie schodził mu uśmiech, co zauważyłam kątem oka.
Zatrzymał się w powietrzu, obok nas znalazł się drugi archanioł. Obaj wydawali się zastygać w oczekiwaniu. Rozejrzałam się, ale nic nie widziałam, tylko bezkres nieba. Nagle zaczęły się pojawiać kontury, najpierw jak delikatne pociągnięcia pędzla, potem coraz bardziej wyraźne. Wreszcie zmaterializowały się wielkie, rozsuwane drzwi, ale tylko one. Z sykiem otworzyły się ukazując oświetloną śluzę. Tybal z towarzyszem wlecieli do środka, a ja wraz z nimi. Po chwili zostałam odgrodzona metalową ścianą od rodzinnej planety.
- Izydoro Chavez, witaj na „Mieczu".


sobota, 29 października 2016

Eliminatorka I : Obcy Ptak Rozdział 1




Kilka lat temu zaczęłam pisać "Bombę", ale w zeszłym roku uznałam, że jak zwykle zaczęłam od środka. Tak więc zaczęłam od nowa, a pomysły o przygodach Izydory zaczęły się mnożyć. Postanowiłam całość, która siedzi mi w głowie podzielić na kilka osobnych tomów. Oto pierwszy z nich.


Rozdział 1

Las ubierał się już w jesienną szatę. Czerwienie, żółcie, rudości przeplatały się ze sobą, zagłuszając nieśmiałe zielone akcenty. Wydawało się, że cywilizacja nie dotarła do tego miejsca. Brakowało śladów bytności człowieka, zwierzęta były ufne i nie uciekały przed przypadkowymi spotkaniami z dwunożnymi drapieżnikami.
  Szelest opadłych liści pod stopami pozwalał choć na chwilę oderwać się od  problemów. Znałam każdą ścieżkę i drzewo na swej drodze. Często wymykałam się z domu, żeby pobyć z daleka od wszystkich. Potrzebowałam tego jak świeżego powiewu wiatru na twarzy, jak łyku zimnej wody, jak czułych objęć matki. Kopnęłam w stertę liści, a spod niej wychynął jeż i rzucił się do ucieczki. Przez chwilę go obserwowałam, też chciałam tak zrobić. Zerwać się do biegu i zniknąć w oddali, zaszyć się gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.
W połowie czerwca, razem z Ronem i Markiem, zdaliśmy egzamin General Educational Development, który otwierał nam drogę do dalszej edukacji. Chciałam iść na studia, tak bardzo tego pragnęłam. Zawsze interesowała mnie sztuka i chciałam uczyć się malarstwa. Postanowiono jednak za mnie.
Zaczęłam szkolną karierę w wieku pięciu lat, dwa lata wcześniej niż moi kuzyni. Trafiliśmy do jednej klasy. Nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo moim dziadkom na tym zależało, żebyśmy chodzili razem. Dopiero z czasem dowiedziałam się, że babcia specjalnie skróciła moje dzieciństwo. Potrzebna była mi ochrona kogoś, kto wiedziałby jak mnie kontrolować.  Ron i Marek  pilnowali, żebym nie zrobiła niczego głupiego. A byłam do tego zdolna.
Przeżyłam szok, kiedy pierwszy raz się przemieniłam. Było to po ostrej sprzeczce z Terry, która mnie urodziła. Nigdy nie nazywałam jej matką, nie potrafiłam się do tego przekonać, nie po tym jak mnie traktowała. Jak największe zło świata, jak coś, co trzeba zabić.  I mówię to z niejako autopsji, próbowała dwa razy, ale na szczęście zawsze gdzieś w okolicy był ktoś, kto mnie obronił. Potem sama się tego nauczyłam. Wykrzyczała mi w twarz, że powinnam zdechnąć jak pies gdzieś w rowie, jakby wiedziała, kim jest mój ojciec, to zabiłaby mnie już w swoim łonie. Nie byłam godna stąpać po tej samej ziemi co ona i Bianka, moja doskonała siostra. Uciekłam po wszystkim do lasu i krzycząc w niebogłosy zamieniłam się w coś innego.
Najpierw poczułam jak coś się dzieje z moimi dłońmi. Krótko przycięte paznokcie zamieniły się w pazury jak u dzikiego zwierza. Z niedowierzaniem uniosłam je na wysokość oczu. To już nie były moje ręce. Coś dziwnego działo się z całym ciałem. W ustach poczułam nacisk, uchyliłam je i niezgrabnie dotknęłam przedramieniem warg. Coś ostrego ukuło skórę.
Myślałam, że oszaleję. Przekradałam się do domu dziadków, żeby tylko nikt mnie nie widział i wpadłam do swojego pokoju. Nad komodą wisiało lustro. Wiedziałam, że jestem „inna”, zawsze to wiedziałam, ale spoglądając w zwierciadło widziałam… Sama nie wiedziałam, czym się stałam. Skóra na twarzy napięła się zniekształcając rysy i nadając im ostrości, oczy płonęły bursztynem. Uszy zmieniły kształt. Odgarnęłam włosy, żeby im się przyjrzeć. Wydłużyły się i stały szpiczaste na końcach. Z ust wystawały najprawdziwsze kły. Padłam na kolana i wyjąc starałam się zdrapać tę obcą twarz.
Poczułam jak ktoś mnie obejmuje i siłą odrywa dłonie od policzków, odciągając paznokcie, żebym sobie nie zrobiła krzywdy. Wyczułam całą mieszankę zapachów - potu, perfum, pudru. Babcia z całej swojej mocy trzymała mnie w ramionach. Przytuliłam twarz do jej bluzki i wybuchłam płaczem. Łzy zalewały delikatny jedwab, nie potrafiłam się powstrzymać.
- Izzy, kochanie, uspokój się.
- Ja… ja… jestem… potworem – wyjąkałam.
- Nie! – odrzekła z mocą. – Nie jesteś potworem.
Ujęła moją twarz w dłonie i spojrzała w oczy. Nie widziałam w jej spojrzeniu odrzucenia, czy szoku, tylko miłość. Kochała mnie, tak samo jak dziadek. To oni zapewnili mi dom i bezpieczne dzieciństwo. Nie, nie pomyliłam się. Oni zawsze mnie chronili i akceptowali taką, jaką byłam.
- Myślałam, że masz jeszcze trochę czasu. – Westchnęła ciężko staruszka i podniosła się z kolan ciągnąc mnie za sobą. – Musimy poważnie porozmawiać, musisz zrozumieć, kim jesteś.
I tak się nie dowiedziałam, kim niby jestem. Nawet kiedy zapytałam ją o to wprost, nie odpowiedziała. Tłumaczyła coś o krwi i pochodzeniu, ale niczego konkretnego nie mówiła. Wkurzałam się i zagryzałam wargi, ale była nieugięta. Do niektórych faktów, według niej, musiałam dojść sama. Nie wszystko zrozumiałam z tego co mi opowiadała, ale po tym zdarzeniu wiele rzeczy się skomplikowało. Przede wszystkim w szkole. Zrobiłam się jeszcze bardziej niż zwykle drażliwa, byle drobiazg potrafił mnie wyprowadzić z równowagi. Ron i Marek nie spuszczali ze mnie wzroku i pilnowali jeszcze bardziej, niż do tej pory.
W domu nie było lepiej. Hamowałam się przy Biance, a reszta znosiła moje złe humory ze stoickim spokojem. Dziadkowie nie dawali się wyprowadzić z równowagi, kuzynowie obracali wszystko w żart i zmuszali do wysiłku fizycznego. Jednego popołudnia, a byłam szczególnie zła, wmanewrowali mnie w rąbania drewna. Zwykle było to ich zadanie, ale wymachiwanie siekierą w dziwny sposób mnie uspokoiło. Obserwowałam jak przede mną rośnie sterta szczap.
- Wiesz, że będziesz musiała to jeszcze poukładać? – Ron wolał wołać z daleka, w końcu miałam w dłoniach ostre narzędzie. – Nie zapomnij!
- Jeszcze czego? – wrzasnęłam. – Sami to poukładacie.
- O co znowu ta awantura? – Wujek Peter wyszedł ze stajni, prowadząc za uzdę Star. – Konie płoszycie tymi wrzaskami.
- Nie dość, że za nich odwaliłam robotę, to jeszcze każą mi posprzątać. – Podeszłam do klaczy i przytuliłam się do jej napęczniałego brzucha. – Ile jej czasu zostało? – zapytałam.
- Jakiś tydzień. – Uśmiechnął się szeroko. – Tylko, Izzy… - zawahał się. – Tym razem nie powinnaś być w czasie źrebienia, nie wiadomo co może się stać.
- Boisz się. – Stwierdziłam.
- To też – przyznał. – Nie panujesz nad przemianami, więc nie powinnaś być przy porodzie. Nie wiem, jak to podziała na ciebie, a jeżeli się zmienisz, to Star może zacząć wariować. Nie chcę nikogo stracić.
Kiwnęłam głową. Zrobiło mi się przykro, ale z drugiej strony doskonale go rozumiałam. Spuściłam głowę i wróciłam do domu. W pokoju rzuciłam się na łózko i rozpłakałam gorzko. Poduszka bardzo szybko nasiąkła łzami.
Jedynym plusem tej sytuacji było, że odkąd zaczęłam się przemieniać, Terry unikała mnie jak ognia. Starała się nie wchodzić mi w drogę. Choć wiecznie czaiła się gdzieś w cieniu, żeby znienacka spróbować wbić nóż w plecy. Zrozumiałam jednak jedno, nie mogłam dłużej zostać w domu, musiałam odejść.
Wydarzenia te miały miejsce rok wcześniej. Moja pierwsza przemiana była szokiem, przede wszystkim dla mnie. Nikt z moich bliskich tak nie potrafił i to mnie przerażało. Reszta spodziewała się tego, ale myśleli, że jak będą mnie otaczać kokonem ochronnym odwlecze się ono w czasie. Zostały mi po niej dwie blizny, ciągnące się od brwi przez policzki, aż po żuchwę. Powinnam opuścić Ziemię, ale żeby rodzina nie miała kłopotów prawnych najpierw musiałam skończyć edukację. W końcu ktoś by się zainteresował nastolatką, która znikła w ostatnim roku szkoły. I oczywiście o jakiejś dalszej edukacji na uczelni mogłam sobie tylko pomarzyć.
Dziś miałam opuścić to miejsce, dom, który znałam. Bywały różne chwile, dobre i złe, choć ciążyło na mnie piętno „inności” miałam w miarę szczęśliwe dzieciństwo. Dzięki dziadkom. Oni byli moją ostają, kiedy Terry mnie odrzuciła. Przez wiele lat starałam się zasłużyć na jej miłość, ale moja matka nigdy mi jej nie okazała. Przelała ją całą na Biankę, kiedy ta się urodziła. Także kochałam to dziecko, ten jasny promyczek, który swoim istnieniem zapełnił lukę w sercu.
Teraz to wszystko miało się skończyć. Najgorsze jednak było nie samo opuszczenie Ziemi, ale to, że moja młodsza siostra znikła. Kilka tygodni wcześniej, po prostu rozmyła się w porannej mgle i nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Wysłannicy z Perthin zaoferowali pomoc, ale niestety Terry się nie zgodziła. Uznała, że żadne „dziwolągi” nie będą szukać jej dziecka. Wszelkie służby przetrząsały okolice w poszukiwaniu sześciolatki, ale ta zapadła się jak kamień w wodę. Przez szereg dni w jej domu mieszkało kilku szeryfów, którzy monitorowali postępy, ale nic im nie udało się ustalić. Chciałam zostać zanim się nie znajdzie, ale niestety nie pozwolono mi na to. Przeprowadzka była przygotowywana i omawiana od roku, od czasu kiedy okazało się, że nie mogę zostać na Ziemi. Nie mogłam całe życie ukrywać się w lasach, choć było mi tutaj tak dobrze. Czy się bałam? To za mało powiedziane, byłam przerażona.
- Izzy! IZYDORA!
Przez gęste krzaki przedzierał się wujek Peter. Był niewiele starszy ode mnie, jakieś pięć lat, właściwie to był ciotecznym wujkiem, synem brata dziadka. Cała rodzina mieszkała razem, poza kilkoma osobami, które wyniosły się do miasta. Nie z własnego wyboru, miały tam ważną pracę do wykonania.
- Chodź już. – Złapał mnie za rękę. – Musicie się zbierać, statek nie będzie czekał na jedną panienkę.
- Peter, boję się – wyszeptałam.
Wziął mnie w ramiona i mocno przytulił, a ja pozwoliłam sobie wreszcie na łzy.
- Wszystko będzie dobrze. – Uspakajał mnie. – Nie należysz do tego miejsca, jesteś kim więcej niż zwykłym człowiekiem i w pewnym momencie my przestaniemy ci wystarczać.
- Wiem, ale i tak… A co z Bianką? A jak się nie znajdzie? Albo – zawahałam się – nie żyje?
- Na pewno nic jej nie jest. Znajdziemy ją.
Wiedziałam, że stara się mnie uspokoić, ale i tak to zniknięcie będzie tkwić zadrą w sercu. Dałam jednak się poprowadzić w kierunku domu. Byłam już spakowana, całe moje dotychczasowe życie zmieściło się w niewielkim plecaku. Pewnie, z miłą chęcią zabrałabym całą biblioteczkę dziadka, ale nie mogłam.
Przed gankiem domu dziadków stało dwóch archaniołów. Wysocy, potężnie zbudowani. Poza tym różnili się od siebie, jeden był blondynem o jasnej karnacji i niebieskich oczach, drugi czarnoskóry z tak ciemnymi oczyma, że tęczówka zlewała się ze źrenicą. Kolor ich piór też nie był nawet podobny. Śnieżnobiały i złotawy.  Wbici w skórzane czarne spodnie i białe koszule. Zawsze zastanawiałam się jak oni przekładają skrzydła, czy mają jakieś nacięcia na plecach. Widziałam jak latają i to mnie fascynowało.  Nigdy nie było im zimno, może to zasługa piór?
- Jesteś gotowa? – zapytał ten ciemny.
Niby się przedstawili, ale ja nie zapamiętałam, jak któremu na imię. Starałam się spędzać jak najwięcej czasu z bliskimi, w końcu odlatywałam z tej planety, a nawet z układu planetarnego. Perthin był położony o kilkanaście lat świetlnych dalej, w głębi Drogi Mlecznej. Bałam się tej podróży.
- Pożegnam się i wezmę rzeczy – burknęłam.
Pędem ich minęłam i wbiegłam na piętro. W moim pokoju, na łóżku, siedziała babcia. Mimo upływu wciąż była piękną kobietą, choć stresy i kłopoty wyryły się na jej twarzy siatką zmarszczek. Nigdy nie widziałam jej bez misternie upiętego koka, a spodnie uznawała za wymysł szatana, choć wątpię, że on w tym maczał palce. W dłoniach trzymała niewielką szkatułkę, w którą wbiła wzrok. Opadłam obok niej i dałam się zamknąć w ramionach. Skrzynka boleśnie wrzynała mi się w plecy, ale wolałam nie przerywać tego uścisku. Łzy same zaczęły płynąć, nie potrafiłam opanować szlochu i drżenia ciała.
- No, już, już – usłyszałam jej ciepły głos. – Słoneczko, nie płacz.
- Boję się – wyznałam.
- To normalne. Nie mamy jednak wyboru, tutaj się tylko marnujesz. Odkąd się urodziłaś, w tym dziwnym miesiącu dwóch pełni, wiedzieliśmy, że masz inne przeznaczenie niż my.
- Babciu, to bez sensu. – Usiadłam prosto i rękawem wytarłam nos oraz oczy. – Wiem, że jestem jakaś inna, ale wielu jest takich ludzi.
- Nie – zaprzeczyła. – Ty jesteś unikatowa.
Pogłaskała mnie po głowie, bawiąc się końcówkami włosów. Kochała mnie bezgranicznie i nigdy nie odrzuciła. Nawet wtedy, kiedy byłam krnąbrną i wredną dziewuchą.
- Idź się umyć i chwilę jeszcze porozmawiamy. Potem pożegnasz się z resztą i naprawdę musicie ruszać. Tybal i Martes są cierpliwi, ale tylko do czasu.
W łazience umyłam twarz zimną wodą, żeby doprowadzić się do porządku. Spojrzałam w lustro i nie poznałam dziewczyny po przeciwnej stronie. Ciemnoblond włosy potargane, jakby wściekła wrona chciała sobie w nich uwić gniazdo, zaczerwienione zielone oczy, krzywy nos, który złamał mi Ron w czasie jakiejś kłótni. I dwie blizny odznaczające się na bladej skórze. Szybko uczesałam się, związałam w koński ogon loki i z półki zgarnęłam resztę kosmetyków.
W pokoju babcia gładziła zdjęcie stojące na komodzie. Wydawała mi się taka krucha i niepozorna. Ja byłam niska, ale już ją zdążyłam przerosnąć.
- Chcę ci dać kilka prezentów. – Odwróciła się, kiedy usłyszała kroki. – Tego użyj  tylko w razie największej konieczności.
Na dłoni leżało niewielkie puzderko, takie jak na biżuterię. Wydawało się wiekowe, pokrywała je patyna i jakieś znaki.
- Zawsze noś je przy sobie.
Położyła mi dłonie na głowie i coś zaczęła szeptać. Starałam się skupić, ale nie potrafiłam. Za każdym razem kiedy wydawało mi się, rozumiem słowa umysł ogarniał mrok, albo gruba warstwa waty.
- Ba…bciu? – zająkałam się.
- Będziesz wiedzieć, kiedy użyć to, co ci przekazałam.
Usiadła na łóżku i poklepała miejsce obok. Położyła na kolanach szkatułkę. Z namaszczeniem ją otwarła i nieśmiało kazała zajrzeć do środka. Na niebieskim materiale leżała para sztyletów. Wydawały się ciężkie, masywne, jednak kiedy wzięłam jeden w dłoń był lżejszy od piórka. Machnęłam kilka razy nim na próbę,  ze świstem zataczając kręgi. Nie wiedziałam z jakiego materiału są zrobione, wydawały się takie…  nieziemskie. Dobrze leżał w dłoni, jakby był stworzony specjalnie dla mnie. W środku był też zwinięty w rulon pergamin i trzy flakoniki. Każdy sam w sobie był dziełem sztuki. Ostrożnie wzięłam do ręki ten z błękitną zawartością. Smukła buteleczka ze szkła, opleciona ornamentem z tego samego materiału co kindżały. Podniosłam tak, żeby promienie słoneczne padające przez okno prześwietliły treść. Chciałam go odkorkować, ale zatrzymała mnie ręka babci.
- Nie tutaj. One także nie należą do tego miejsca. Tak jak ty, mają inne przeznaczenie.
- Nic z tego nie rozumiem – odparłam wkładając z powrotem sztylet do skrzynki. – One tutaj nie należą, ja też, więc gdzie jest nasze miejsce? – Spojrzałam na nią.
- Znajdziesz je, kochanie. – Ujęła moją dłoń i mocno uścisnęła. – Nie mogłam cię bardziej przygotować, bo złamałabym zasady. Dostałam wytyczne, których musiałam się trzymać.
- Wytyczne? – Zaczęłam się denerwować. – Czy ty od początku wiedziałaś, że będę musiała opuścić Ziemię?
- To twoje przeznaczenie, wszystko zostało pieczołowicie zaplanowane. – Wyjęła ze szkatułki pergamin i rozwinęła go. – Na razie jeszcze nie zrozumiesz tego tekstu, jego treść objawi się w stosownym momencie, ale zostałaś powołana do życia właśnie ze względu na ten kawałek papirusu.
Spojrzałam na kartkę. Wydawała się bardzo stara. Pismo było pochyłe, litery stylizowane, a język zupełnie obcy.
- Co to jest? – zapytałam. – Wyrok na mnie?
- To cel twojego życia. Pokładamy w tobie duże nadzieje, mam nadzieję, że zdołasz sprostać oczekiwaniom. – Zwinęła z powrotem pergamin i zawiązała na nim czarną wstęgę. – Jesteś moją wnuczką, co daje ci pewne… przywileje.
- Nigdzie nie lecę – postanowiłam nagle. – Czuję się jakbym wcale nie miała własnej woli, a ktoś mną sterował.
- Izzy musisz, od ciebie wiele zależy. – Zamknęła ze złością szkatułkę. Pierwszy raz widziałam u niej taką emocję. – Masz własną wolę i będziesz dokonywać własnych wyborów. To kim jesteś, kim w końcu się staniesz, da ci takie moce i możliwości, za które niejeden by zabił. Pamiętaj, że cię kocham. Jakbym mogła, gdybym tylko potrafiła, zmieniłabym wiele rzeczy, żebyś mogła tutaj zostać. Jednak tego nie potrafię.  
Pocałowała mnie w czoło, a ja czułam, że zaraz się rozpłaczę.
- Czas już na ciebie, dziecinko – wyszeptała przy mojej skórze. – Idź się pożegnać.
- To jest zły pomysł – wyszeptałam przez zaciśnięte zęby.
- Wszystko się ułoży, dziecko. – Starała się mnie pocieszyć. – Może teraz to wszystko wydaje ci się strasznie zagmatwane i nielogiczne, ale z czasem sytuacja się wyklaruje. Pamiętaj tylko, żeby dobrze dobierać przyjaciół i sojuszników, bo w przyszłości będą ci potrzebni.
Jak zwykle powiedziała dużo i nic. Zasiała w sercu iskrę niepokoju i zaczęłam jeszcze bardziej się bać. Tak jakby nad głową wisiał mi miecz, który w każdej chwili mógł spaść i mnie uśmiercić.
- Już czas. – Wstała i wyciągnęła dłoń. – Pożegnaj się ze wszystkimi i w drogę.
Tego najbardziej się bałam, pożegnania. Nie chciałam widzieć się z Terry, walczyć w tym dziwnym dniu z jej nienawiścią i tak dalej. Jej niechęć do mnie rekompensowała miłość dziadków. Czasem ją obserwowałam, jak zajmuje się Bianką, jak z małą się śmieje, bawi. Tego właśnie mi brakowało przez całe dzieciństwo, poczucia przynależenia do niej. 

sobota, 10 września 2016

Czerwień Amarylis



To miała być zwykła randka. Taka w ciemno, z nieznajomym. A skończyło się…

Nigdy nie byłam w związku, który by trwał dłużej jak rok. Tak jakoś wychodziło, że po dwunastu miesiącach rozstawaliśmy się, z różnych powodów. Najważniejszym było jednak to, że ja nie potrafiłam się zaangażować na poważnie. Kiedyś, jeszcze w liceum, zostałam porzucona przez chłopaka, który był całym moim światem. No może nie tak do końca porzucona, po prostu się przeprowadził i nie mogliśmy się tak często widywać. Dla niektórych pięćset kilometrów to pestka, ale dla nas było to tak jakbyśmy wylądowali na różnych planetach. Tęskniłam, płakałam, pisałam listy, dzwoniliśmy do siebie, a potem… No cóż, skończyło się.
Teraz byłam trzydziestoletnią panną, która robiła zawrotną karierę jako architekt, zadbaną i pewną siebie. Opuściłam swoje zaściankowe miasteczko, przenosząc się do stolicy i znajdując azyl w wielkim mieście. To mój wspólnik postanowił umówić mnie ze swoim dalekim kuzynem, który właśnie wrócił z zagranicy. Od dłuższego czasu znów byłam sama, a że lubię wyzwania, zgodziłam się. Umówiliśmy się w jednej z tych modnych restauracji na rynku, na kolację.
Stałam przed szafą i zastanawiałam się, w co się ubrać. Hmm, może spodnium, ten miętowy ładnie podkreślał kolor oczu. Albo nie… Ta kurewska czerwona sukienka, którą zakładałam tylko wtedy, kiedy wiedziałam, że randka skończy się w łóżku. Trudny wybór, postanowiłam jednak nie wygłupiać się i zdecydowanie zdjęłam z wieszaka turkusową sukienkę. Opinała górną część ciała, uwydatniając duży biust, spódnica była za kolano, lekko rozkoszowana, miękko układała się na udach. Wsunęłam stopy w buty na niewielkich obcasach, skropiłam się perfumami i porwawszy torebkę, wyszłam z domu. Przed nim już czekała taksówka.
Randki w ciemno mają to do siebie, że nie wiesz, kto na ciebie czeka. Nie wiedziałam, kogo się spodziewać. Robert opisał swego krewniaka jako wysokiego, dość przystojnego mężczyznę. Takich to na pęczki można było spotkać na każdej ulicy. Jako znak rozpoznawczy miał trzymać czerwony kwiat amarylisu.
Sprężystym krokiem weszłam do restauracji, gdzie dostać stolik o tej porze zakrawało o cud. Najlepiej było zabukować go sobie z przynajmniej tygodniowym wyprzedzeniem albo jeszcze lepiej z miesięcznym. Rozglądałam się uważnie, lustrując gości i szukając jednego, charakterystycznego kwiatu. Wreszcie go dostrzegłam. Klucząc między stołami, zbliżałam się do nieznajomego. Nie mogłam o nim zbyt wiele powiedzieć, bo siedział tyłem. Widziałam tylko trochę przydługie blond włosy, opadające na kołnierzyk czarnej koszuli i błysk srebrnego kolczyka w uchu, kiedy lekko odwracał głowę. Bawił się naszym znakiem rozpoznawczym, turlając w palcach łodyżkę.
- Cześć, jestem Julia. – Zawsze trzymały się mnie głupie żarty. – Chyba byliśmy umówieni.
- A ja, Romeo. – Wstał z krzesła, prostując się na swoje sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów. – Witaj, Małgorzato. – Uśmiechnął się kpiąco. – Nic się nie zmieniłaś.
Pochylił się i delikatnie pocałował w usta. Wpatrywałam się w zieleń jego tęczówek, w których malowało się rozbawienie.
- Damian, co ty tu robisz? Przecież… - Zabrakło mi słów.
- Też za tobą tęskniłem. – Ujął mój łokieć i skierował w stronę krzesła. – Usiądź, zanim padniesz z wrażenia.
- Jesteś kuzynem Roberta? – Klapnęłam na siedzenie, zamiast opaść z gracją. – Wiedziałeś! – Rzuciłam oskarżycielsko.
- Oczywiście, że wiedziałem. Randka ze szkolną miłością, z dziewczyną, która mnie zostawiła. O niczym innym nie marzyłem.
- Nie zostawiłam cię, kretynie. To ty mnie zostawiłeś – wyrzuciłam z siebie.
- Zanim wypierzemy wszystkie brudy, może zjemy tę kolację jak cywilizowani ludzie?
Burknęłam coś pod nosem i pozwoliłam mu zamówić. Czego, jak czego, ale takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Damian Sopot, mój chłopak z czasów licealnych. Z nim poznawałam owoc zakazanych zabaw i nieśmiało wkroczyłam w świat uciech cielesnych. Byliśmy parą wariatów, która urywała się z lekcji, żeby w parku poznawać anatomię człowieka. Do tej pory nie wiedziałam, jakim cudem byliśmy mimo wszystko najlepszymi uczniami w klasie. Kiedy po maturze wyjechał z rodziną na drugi koniec Polski, myślałam, że zwariuję. Tęskniłam, płakałam z byle powodu. Na studiach trochę odżyłam, ale mimo wszystko tkwił zadrą w moim sercu.
- Co się z tobą działo przez te wszystkie lata? – zapytałam, w końcu rozmowa należy do cywilizowanych zachowań.
Wzruszył ramionami.
- Ukończyłem WSOSP w Dęblinie, dostałem angaż i pracuję.
- Nie bądź taki tajemniczy. – Pogroziłam mu widelcem. – Robert mówił, że wróciłeś z zagranicy.
- Tak, ale to tajne. – Puścił mi oczko. – Jakbym ci powiedział, musiałbym wykonać wyrok śmierci. Co powiesz na spacer? – Kiwnął na kelnera, że chce zapłacić.
Spacer z nim? Zrobiło mi się ciepło na sercu. Po wyjściu z lokalu po prostu złapał mnie za dłoń, splatając nasze palce.
Szliśmy przed siebie, nie zamieniając nawet słowa. Czułam się dziwnie, jakbym odnalazła drugą połówkę, tę, którą dawno pogrzebałam.
- Dlaczego przestałaś odbierać moje telefony? – Mówił cicho, ale mimo wszystko słyszałam w jego głosie jakieś dziwne nutki. – Gośka, dlaczego?
- Miałam dużo nauki i dodatkowo pracowałam wieczorami, przecież wiesz, że moich rodziców nie było stać na czesne. – Zastanawiałam się jak mu powiedzieć to, co chciałam i go nie zranić. – Ty byłeś daleko, a ja… Potrzebowałam kogoś, kto byłby blisko.
Mocniej ścisnął nasze dłonie.
- Żałuję, że wyjechałem, ale nie miałem wyboru. Tęskniłem za tobą. Kiedy przestałaś odbierać moje telefony, jak nie oddzwaniałaś, coś się we mnie załamało.
To była dziwna i przykra rozmowa. Kiedyś tyle dla siebie znaczyliśmy, rozstaliśmy się, zanim to szczeniackie uczucie mogło się wypalić. Albo zamienić w coś trwałego, co by połączyło nas na zawsze.
- Gdzie ty właściwie mnie ciągniesz? – zapytałam, kiedy weszliśmy na osiedle willowe.
- Hmm – zamruczał jak kot. – To chyba randka, a ja mam ochotę zamienić ją na kolację ze śniadaniem.
- Zwariowałeś! Przestań się wygłupiać. – Chciałam uwolnić się z jego uścisku, ale mi na to nie pozwolił.
- Przestań. – Uśmiechnął się do mnie czule. – Na pewno cię nie będę zmuszał do niczego, ale drinka możemy wypić. Potem zamówię ci taksówkę.
Czułam się niekomfortowo w tej sytuacji, ale postanowiłam zobaczyć dokąd ta dziwna „randka” nas zaprowadzi. Zawsze na mnie działał, w każdym następnym partnerze szukałam cech Damiana, ale żaden nie umywał się do niego.
Mieszkał w zadbanym bliźniaku. Na podjeździe stały dziecięce rowerki, a w piaskownicy przed gankiem stos plastykowych zabawek. W jednym z okien zauważyłam baśniowe naklejki.
- Czekaj. – Zaparłam się jak koń, zatrzymując nas przed furtką. – Gdzie twoja żona, dzieci? Wysłałeś ich na wczasy, a sam panienkę sobie sprowadzasz do domu? – zapytałam z sarkazmem.
- A co, zazdrosna?
Przyciągnął mnie do siebie i wbił się w usta. Objął w pasie jedną ręką, podciągając do góry, tak, że nogi miałam piętnaście centymetrów nad ziemią. Drugą złapał za kark, unieruchamiając. Jego pocałunek stawał się coraz bardziej natarczywy, niemalże brutalny. Domagał się, żebym go wpuściła, a kiedy to zrobiłam, zaczął penetrować wnętrze językiem. Zakręciło mi się w głowie, musiałam go objąć, żeby doprowadzić świat do stabilności.
- Nie, kurwa, Damian, przestań! – Złapałam za włosy i siłą odciągnęłam od siebie. – NIE! Jesteś żonaty…
- Nie jestem, głuptasie. – Znów lekko musnął me usta. – Nigdy nie związałam się z inną kobietą, nie potrafiłem.
- Przestań kłamać. – Zaczęłam się wyrywać, co było niewykonalne ze względu, że nawet nie miałam kontaktu z powierzchnią.
- Wynajmuję ten dom, od mojego znajomego z wojska. To on tutaj mieszka.
Chciałam mu uwierzyć, w życiu nie umówiłam się z żonatym facetem. Instytucja małżeństwa była dla mnie święta. Nawet jak mężczyzna opowiadał, że z żoną nic go nie łączy, że to tylko formalność. Nigdy nie byłam przyczyną rozpadu czyjegoś związku.
- Nie wierzę ci! – Hardo spojrzałam w zieleń jego oczu.
- Gośka, nigdy nie byłem żonaty i pewnie nie będę, bo ty pewnie nie zechcesz za mnie wyjść.
Zatkało mnie. Dosłownie. Co za porypane oświadczyny.
- Nie wiesz, co mówisz – bąknęłam zażenowana.
- Dobrze wiem. – Zbliżył twarz do mojej i wyszeptał mi w usta. – Albo ty, albo żadna.
Wziął mnie na ręce i zaniósł na ganek, postawił pod ścianą i sam lekko się o mnie oparł. Chyba bał się, że mu ucieknę. Przez chwilę szukał kluczy, a kiedy wreszcie znalazł, nie potrafił trafić w dziurkę.
- Co, sierści brak? – Nie potrafiłam się powstrzymać.
Skrzywił się, ale udało mu się otworzyć drzwi. Wciągnął mnie do środka i już w korytarzu czułam jak bardzo tęsknił. Przyszpil do ściany, całując gwałtownie, jakbym mogła mu dostarczyć ostatniego oddechu potrzebnego do przeżycia. Podciągnął wyżej me ciało, zarzucając nogi na swoje biodra i jeszcze mocnej przyparł do ściany. Nie pamiętałam, żeby potrafił tak całować. Poddałam się i z zapałem oddawałam się narastającej namiętności.
- Taka słodka – mruczał, przysysając się do szyi.
Odchyliłam głowę, tak daleko jak pozwał mi mur, żeby poczuć jego zęby i język na skórze. Jego dłonie wkradły się pod sukienkę i na zmianę to uciskały, to gładziły pośladki.
- Nie wiem, czy zdołamy dojść do sypialni – wychrypiał, a jego oddech stał się głośny i ukrywany.
Nie zmieniając pozycji, odepchnął nas od ściany i nie przerywając pieszczot, zabrał na kanapę w salonie. Ułożył się obok mnie i zsunął ramiączka sukienki. Poczułam dreszcz rozkoszy, czując jak jego delikatne palce suną po skórze. Chciałam go całego, wszelkie opory zniknęły, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki.
- Czekaj – wydusiłam z siebie.
- Nie, nie będę już czekał. – Przycisnął mnie całym ciałem do materaca.
- Damian. – Ujęłam jego twarz w dłonie i zmusiłam, żeby spojrzał mi w oczy. – Tej sukienki tak nie zdejmiesz. Pokażę ci.
Uwolniłam się od niego i na dygocących nogach wstałam. Zrzuciłam buty, bo tylko przeszkadzały.
- Rozepnij mi zamek. – Odwróciłam się do niego tyłem.
Jego palce były szybkie i zwinne, szybko uporały się z zapięciem, a za nimi powędrowały usta, znacząc mokry ślad na plecach. Pozwoliłam, żeby tkanina opadła u stóp. Odwróciłam się do niego i sama przywarłam do męskiego ciała, unosząc twarz do pocałunku.
Tym razem była to delikatna pieszczota, jak tchnienie ciepłego wiatru. Gładził mnie po ramionach, a że do tej kiecki nigdy nie nosiłam stanika, nie musiał bawić się w uwalnianie piersi. Ja nie byłam tak delikatna, złapałam za poły koszuli i pourywałam wszystkie guziki obnażając tors. Tak jak pamiętałam, miał delikatne włoski na piersiach, pogładziłam go po klatce i zmierzałam w stronę spodni. Przez chwilę męczyłam się z zamkiem, ale wreszcie zdołałam go rozpiąć i zsunąć dżinsy z bioder mężczyzny. Damiana jakby coś opętało. Wyzwolił się z butów i portek w ekspresowym tempie. Opadł na kanapę i pociągnął mnie za sobą. Usiadłam okrakiem na jego kolanach i pozwalałam się pieścić.
Moje piersi jakby same zaczęły żyć pod jego dotykiem, a wcale nie był delikatny. Przygryzał sutki, doprowadzając mnie do krzyku. Rękoma błądził po udach, aż wreszcie zerwał ze mnie bieliznę. Palcami gładził włoski i wargi, powodując drżenie, aż wreszcie dwa zanurzył w moim wnętrzu, poruszając posuwiście. Zesztywniałam, czując nadchodzący orgazm.
Sama też nie pozostawałam bierna. Wyłuskałam jego członek ze slipek i masowałam po całej długości, w drugą dłoń ujęłam nabrzmiałe jądra, delikatnie uciskając.
- Dość tej zabawy – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Złapał mnie w pół i przekręcił, tak, ze znalazłam się pod nim. Przycisnął rozgrzanym ciałem do szorstkiej tkaniny i pocałował brutalnie.
- Powiedz, że tego chcesz, że chcesz mnie. – Domagał się odpowiedzi.
- Wejdź we mnie! – wyjęczałam doprowadzona prawie do orgazmu. – Nie mogę dłużej czekać!
Objęłam jego biodra nogami i starałam się przyciągnąć jak najbliżej. Wariat drażnił się ze mną, wodził członkiem po rozgrzanej do czerwoności kobiecości, a ja dostawałam szału z pożądania.
- Powiedz to, Gośka, powiedz! – Powtarzał z naciskiem.
- PRAGNĘ CIĘ, DAMIAN – wykrzyczałam w jego usta.
Wszedł we mnie, a ja zacisnęłam się na nim. Z niedowierzaniem patrzyłam w jego zielone oczy i bałam się nawet głębiej odetchnąć. Nie pamiętałam, kiedy było mi tak dobrze. Zaczął się poruszać, coraz szybciej, mocniej, głębiej. Zacisnęłam zęby na jego ramieniu, kiedy eksplodował wewnątrz i podążyłam za nim.
Dalej czułam na sobie jego ciężar, tak mi dobrze znany z przeszłości. Był moim pierwszym. Na samo wspomnienie ogarniała mnie tkliwość, ale i zażenowanie. Dwójka nastolatków tracąca dziewictwo w szopie na opał, ale wtedy wydawało mi się, że tak powinno być.
Przekręcił się wciąż będąc wewnątrz, tak, że znalazłam się na nim.
- Jeszcze nie masz dość? – Zaczęłam się z nim drażnić, ale jak poczułam dłonie na biodrach zaczęłam się rytmicznie poruszać. Po chwili świat zawirował, a ja odleciałam.

Za oknami było już ciemno, kiedy się obudziłam. Damian musiał nas przykryć kocem, bo ja nie pamiętałam, żebym to robiła.
- Cześć, słoneczko – wyszeptał mi do ucha.
- Uhummm – zamruczałam i bardziej wtuliłam się w niego.
Gładził mnie po włosach i delikatnie całował po skroni.
- Wyjdziesz za mnie?
To pytanie mnie otrzeźwiło. Usiadłam, pozwalając, żeby koc opadł. Moje piersi były nabrzmiałe i czerwone od nadmiaru pieszczot.
- Przestań żartować. – Żachnęłam się.
- Nie żartuję. – Przytulił się do moich pleców. – Zawsze dla mnie istniałaś tylko ty.
- Damian, to był tylko seks… – zaczęłam.
Znów się znalazłam pod nim, a on napierał całym ciałem domagając się wejścia.
- Gośka, nie pozwolę ci znowu odejść. – Zanurzył się we mnie i przestałam myśleć.

Przebudzenie było brutalne. Ktoś łomotał do drzwi, wykrzykując „policja”. Zostaliśmy aresztowani za włamanie. Wyciągnął nas Robert, który nie przestawał się głupkowato uśmiechać, jawnie nas obserwując. Musieliśmy stanowić nie lada widok, rozczochrani, w niekompletnej garderobie. Jakaś wścibska sąsiadka zadzwoniła, że jest włamanie i chyba kogoś tam mordują. Tłumaczenie trochę potrwało, na szczęście znajomy, od którego Damian wynajął dom, potwierdził jego słowa.
Czar prysnął i chciałam wrócić do poprzedniego życia. Nie pozwolono mi na to. Mój były chłopak był uparty. Kiedy skończył mu się urlop i musiał wracać do jednostki, co drugi dzień wpadał do stolicy. Codziennie pisał i dzwonił, odnawiała się dawna więź między nami. I każdego ranka na progu domu znajdywałam czerwoną amarylis.
Kiedy tylko mogliśmy, uprawialiśmy seks, w różnych sytuacjach i miejscach. Nie powiem, jeden partner był o niebo lepszy, niż kilku, którzy pojawiali się na chwilę i znikali. Męczyło jednak mnie to jego pragnienie, żeby się ze mną ożenić. Nie chciałam nic zmieniać.
Minęło pół roku i Damian wyjechał na misję. Na szczęście miała trwać krótko, bo tylko trzy miesiące. I wtedy nastąpiła katastrofa, która zachwiała całym moim życiem. Zestrzelili jego maszynę, a on sam zaginął. Byłam kłębkiem nerwów, a jako, że nie byłam jego rodziną otrzymywałam skąpe informacje i to z trzeciej ręki. Do tego wszystkiego okazało się, że jestem w ciąży.

Wzięłam tydzień wolnego, musiałam jakoś się pozbierać do kupy, pomyśleć, co dalej. Czy zostaję w mieście, czy szukam czegoś pod miastem. Bo że urodzę nie podlegało dyskusji. Włączyłam telewizor i bezmyślnie oglądałam jakiś poranny program. Na dolnym pasku leciała taka informacja :
„Dziś, siódmego czerwca, obchodzimy międzynarodowy dzień seksu”.
Wybuchłam płaczem. Kochałam Damiana, tę istotę rozwijającą się we mnie też. Nigdy nie miała poznać swojego ojca, który zawładnął mym sercem na wieki.
Dzwonek do drzwi spowodował, że nerwowo drgnęłam. Nikogo się nie spodziewałam, nawet Robert przestał mnie odwiedzać, tylko dzwonił jak czegoś się dowiadywał na temat Damiana.
Otworzyłam i zamarłam. Przed progiem stało ON trzymając w ręce wielki bukiet czerwonych amarylis. Uśmiechał się nieśmiało, jakby z zażenowaniem.
Rzuciłam się na niego, chcąc jak najszybciej poczuć żywe ciało, że to naprawdę mój mężczyzna, a nie żaden omam.
- No, już, już. – Tulił mnie w ramionach. – Wróciłem do ciebie. – Złapał mnie za podbródek i podniósł głowę, żeby złożyć czuły pocałunek na ustach. – Kocham cię i nigdy nie opuszczę. Nawet, jeżeli miałbym wyczołgiwać się z piekła, nie pozbędziesz się mnie.

Równo rok później, siódmego czerwca, wypowiadałam sakramentalne „tak” miłości życia. Uśmiechałam się przy tym radośnie, jak przystało na pannę młodą. A owoc naszej niekontrolowanej namiętności nie pozostawał cicho w czasie tak ważnej uroczystości i głośno płakał, wywołując salwę śmiechu wśród zaproszonych gości.
- Musiałem prawie otrzeć się o śmierć, żebyś zrozumiała, że należysz do mnie, a ja do ciebie? – zapytał z szelmowskim błyskiem w oku mój mąż w czasie toastu. – Dalej uważasz, że to tylko seks?
Stłukliśmy kieliszki na szczęście, a ja mu wyszeptałam do ucha nowinę, dzięki której został z opadniętą szczęką. Znów byłam w ciąży.